Zdjęcie do artykułu: Czy hype wokół „Parasite” jest zasłużony?

Czy hype wokół „Parasite” jest zasłużony?

Spis treści

O co tyle hałasu wokół „Parasite”?

„Parasite” w reżyserii Bonga Joon‑ho to jeden z tych tytułów, które nagle przestają być „kolejnym filmem” i stają się zjawiskiem popkulturowym. Zdobył Złotą Palmę w Cannes, cztery Oscary, w tym za najlepszy film, i rozpętał dyskusję o nierównościach społecznych na całym świecie. W efekcie wielu widzów siada do seansu z poczuciem, że musi im się spodobać – bo przecież wszyscy chwalą. I właśnie tu rodzi się naturalne pytanie: czy ten ogromny hype wokół „Parasite” jest naprawdę zasłużony, czy to zbiorowa sugestia nakręcona nagrodami i marketingiem?

W tym artykule przyglądam się „Parasite” z perspektywy zwykłego widza, a nie tylko krytyka. Zamiast zachwycać się na siłę, spróbujemy chłodno ocenić, co w tym filmie działa, co może razić, oraz komu ten rodzaj kina w ogóle nie przypadnie do gustu. Dzięki temu łatwiej zdecydujesz, czy warto poświęcić mu wieczór, lub – jeśli już oglądałeś – spojrzeć na niego raz jeszcze z nieco innej strony.

O czym właściwie jest „Parasite” (bez spoilerów)?

Na poziomie fabuły „Parasite” to historia dwóch rodzin z zupełnie różnych światów. Kimowie mieszkają w przytłaczającej, pół‑suterenowej norze i łapią się każdej dorywczej pracy, by spiąć domowy budżet. Parkowie, z kolei, to zamożne małżeństwo z dziećmi, żyjące w pięknym, modernistycznym domu na wzgórzu. Ścieżki obu rodzin krzyżują się, gdy syn Kimów dostaje pracę korepetytora u Parków, a reszta jego bliskich zaczyna stopniowo „wnikać” w ich życie pod różnymi pretekstami.

Opis brzmi jak punkt wyjścia do lekkiej komedii, ale Bong Joon‑ho zręcznie miesza gatunki. Zaczynamy od satyry i humoru sytuacyjnego, ale z każdym aktem film przyciemnia ton, aż do formy mrocznego thrillera społecznego. „Parasite” konsekwentnie trzyma się jednak jednego rdzenia: to opowieść o klasach społecznych, uprzywilejowaniu i cienkiej granicy między marzeniem o lepszym życiu a moralnym kompromisem, na który jesteśmy gotowi, by to marzenie spełnić.

Dlaczego „Parasite” zrobił taką rewolucję?

Sukces „Parasite” nie wziął się znikąd – to efekt spotkania kilku ważnych czynników w odpowiednim momencie. Po pierwsze, światowe kino coraz chętniej otwiera się na produkcje spoza Hollywood, a widzowie są mniej uprzedzeni do napisów. Po drugie, temat nierówności społecznych jest dziś wyjątkowo dotkliwy: rosnące koszty życia, niepewność zatrudnienia, lęk przed spadkiem standardu – to doświadczenia nie tylko koreańskie, ale uniwersalne. Film trafił więc w globalny nerw.

Po trzecie, „Parasite” udowodnił, że kino artystyczne może być jednocześnie przystępne, emocjonujące i wciągające jak dobry thriller. Widz, który na co dzień ogląda głównie seriale czy kino gatunkowe, nie czuje się tu wykluczony. To bardzo film „środka”: ambitny, ale komunikatywny. Taki zestaw cech przyciąga zarówno krytyków, jak i masową publiczność – a gdy obie grupy są zgodne w zachwytach, hype rośnie lawinowo.

Kluczowe mocne strony filmu – co faktycznie zachwyca?

Jeśli odejmiemy cały marketing i listę nagród, zostaje pytanie: co w „Parasite” jest obiektywnie mocne? Przede wszystkim konstrukcja scenariusza. Film rozwija się warstwowo jak dobrze napisany serial, ale w formie zwartej, dwugodzinnej historii. Każda scena coś przesuwa: albo akcję, albo relacje, albo metaforyczną wymowę. Bong umie budować napięcie bez tanich sztuczek – zamiast wyskakujących „straszaków” dostajemy znakomicie rozpisane sytuacje, w których widz wyprzedza bohaterów o pół kroku i już domyśla się, że za chwilę wydarzy się coś niedobrego.

Drugim mocnym filarem jest tonacja. Mieszanie komedii, dramatu i thrillera to zadanie ryzykowne; w słabszych filmach kończy się chaosem. W „Parasite” przejścia są płynne, często niezauważalne. Śmiejemy się z drobnej gafy, by kilka minut później zaciskać pięści z powodu rosnącego napięcia klasowego. Ten kontrast sprawia, że film zostaje w pamięci na dłużej, bo trudno wrzucić go do jednej, wygodnej szufladki. To też powód, dla którego polecanie go znajomym zaczyna się zwykle od zdania: „to trzeba po prostu zobaczyć”.

Aktorska precyzja i wizualna symbolika

Obie rodziny zostały obsadzone niezwykle trafnie. Song Kang‑ho jako ojciec biednej rodziny Kimów gra z niebywałą subtelnością – widać w nim jednocześnie ciepło, zmęczenie i ukrytą frustrację. Park So‑dam, wcielająca się w córkę, nadaje postaci spryt i nowoczesność, dzięki czemu łatwo uwierzyć, że to ona „pcha” intrygę do przodu. Po stronie Parków błyszczy Cho Yeo‑jeong jako naiwna, ale niebezpiecznie uprzywilejowana pani domu: jej dziecięca naiwność bywa momentami bardziej bolesna niż otwarta wrogość.

Warstwa wizualna sama w sobie mogłaby być tematem osobnego eseju. Dom Parków to nie tylko luksusowe tło, ale aktywny element opowieści. Układ poziomów, schody, duże przeszklenia – to wszystko podkreśla różnice klasowe. Bieda jest filmowana z dołu, w ciasnocie i półmroku, bogactwo – z góry, w czystej, minimalistycznej przestrzeni. Te zabiegi są czytelne, ale nie łopatologiczne. Widz może odbierać je intuicyjnie, bez konieczności analizowania każdego kadru.

Warstwa społeczna bez nachalnego moralizowania

Wielu widzów obawia się filmów „zaangażowanych”, bo kojarzą się im z wykładami i podniesionym palcem. „Parasite” idzie inną drogą. Owszem, jest filmem mocno politycznym i społecznym, ale przede wszystkim pozostaje opowieścią o konkretnych ludziach, którzy próbują przetrwać. Bong nie robi z biednych świętych ofiar ani z bogatych jednowymiarowych potworów. Każdy ma tu swoje racje, ograniczenia i ślepe plamy, które wynikają z pozycji klasowej.

To podejście sprawia, że po seansie trudno jednoznacznie wskazać „winnych”. Bardziej myślimy o systemie, który premiuje jednych kosztem innych, niż o indywidualnej złośliwości. Dzięki temu dyskusje po filmie rzadko uciekają w proste etykietki. Zamiast pytać „kto miał rację?”, częściej pytamy „w którym momencie wszystko musiało się tak skończyć?” i „czy w ogóle dało się to rozegrać inaczej?”. Taka niejednoznaczność jest jednym z powodów, dla których hype wokół „Parasite” ma realne podstawy.

Czy film ma słabsze punkty i dla kogo nie będzie działał?

Nawet najbardziej chwalony film ma swoich sceptyków i „Parasite” nie jest wyjątkiem. Często podnoszony zarzut dotyczy drugiej połowy, w której tempo i tonacja ulegają gwałtownej zmianie. Dla części widzów to atut – „jazda bez trzymanki” – dla innych wrażenie lekkiego przeszarżowania i utraty wiarygodności. Jeśli lubisz kino konsekwentne gatunkowo, w którym od początku wiesz, na jakim gruncie stoisz, tu możesz poczuć się wybity z rytmu.

Pewną barierą bywa też stylistyka koreańskiego kina: nieco inne poczucie humoru, momentami melodramatyczne akcenty, duża rola metafor. Dla osób przyzwyczajonych do hollywoodzkiej gładkości część scen może wydawać się „przerysowana” lub zbyt teatralna. Dochodzi jeszcze kwestia oczekiwań – jeśli przystępujesz do seansu z przekonaniem, że obejrzysz „najlepszy film dekady”, bardzo łatwo o rozczarowanie, bo żadna produkcja nie udźwignie tak napompowanych oczekiwań.

Kiedy hype działa przeciwko filmowi?

Wysoki hype ma tę wadę, że zamiast ciekawości rodzi presję. „Powinno mi się podobać”, „wszyscy się zachwycają, więc coś jest ze mną nie tak, jeśli nie czuję tego samego”. Tymczasem odbiór „Parasite” mocno zależy od nastawienia. To film, który nagradza uwagę, lubi ciszę i skupienie. Oglądany „w tle”, z telefonem w ręku, traci sporą część niuansów – wtedy faktycznie może wyglądać na zwykły thriller z twistem.

Warto też mieć świadomość, że to kino raczej pesymistyczne. Jeśli szukasz pozytywnej historii o awansie społecznym i spełnionym śnie o sukcesie, „Parasite” może okazać się przygnębiający. Film nie daje łatwych pocieszeń, a finał pozostawia więcej goryczy niż nadziei. Dla jednych to dowód odwagi twórczej, dla innych – powód, by po seansie czuć się ciężko i odrobinę oszukanym.

„Parasite” na tle innych hitów – krótkie porównanie

Aby lepiej zrozumieć, czy wokół „Parasite” narósł przesadny kult, warto zestawić go z innymi głośnymi filmami o podobnej tematyce. Mamy m.in. „Jokera”, który również opowiada o jednostce stłamszonej przez system, czy wcześniejszy koreański hit „Snowpiercer”, gdzie podział klasowy ma formę pociągu z wagonami‑kastami. Każdy z tych filmów inaczej korzysta z metafory, gatunku i emocji widza, ale wszystkie dotykają podobnego lęku: że linia między „nami” a „nimi” jest cienka i chwiejna.

Film Główny temat Forma gatunkowa Ton i przekaz
Parasite Nierówności klasowe, pragnienie awansu Mieszanka: komedia, dramat, thriller Subtelna metafora, realizm z twistem
Joker Marginalizacja jednostki, choroba psychiczna Origin story, thriller psychologiczny Ciężki, brutalny, bardzo bezpośredni
Snowpiercer System kastowy, rewolucja Sci‑fi, kino akcji Otwarcie alegoryczny, komiksowy

Na tle tych tytułów „Parasite” wyróżnia się przede wszystkim skalą opowieści. Zamiast globalnej rewolucji czy narodzin ikony popkultury, dostajemy historię dwóch rodzin, kilku pokoi i jednego domu. Ta kameralność paradoksalnie czyni komentarz społeczny silniejszym, bo wydaje się bliższy naszemu codziennemu życiu. To nie mityczny bohater walczący z systemem, lecz ludzie, których możemy przypisać do znajomych twarzy.

Jak obejrzeć „Parasite”, żeby naprawdę go docenić?

Jeśli jeszcze nie oglądałeś „Parasite” lub planujesz powtórkę, warto podejść do seansu strategicznie. To jeden z tych filmów, które dużo zyskują przy świadomym oglądaniu. Poniżej kilka praktycznych wskazówek, które pomagają wycisnąć z niego pełnię wrażeń, niezależnie od tego, czy jesteś kinomaniakiem, czy raczej weekendowym widzem szukającym dobrego tytułu na wieczór.

Na co zwrócić uwagę w trakcie seansu?

Oczywiście, najważniejsze jest, żeby po prostu dać się opowieści porwać, ale kilka elementów warto mieć z tyłu głowy. Wtedy łatwiej zrozumiesz, skąd wziął się zachwyt krytyków i dlaczego „Parasite” tak często wraca w dyskusjach o współczesnym kinie. Poniższe punkty nie zawierają spoilerów – raczej podpowiadają, gdzie skierować uwagę, gdy fabuła już cię wciągnie.

  • Poziomy i schody – obserwuj, kto schodzi w dół, kto idzie w górę, a kto stoi w miejscu.
  • Dźwięki tła – hałas ulicy vs. cisza luksusowego domu mówią wiele o świecie bohaterów.
  • Zmiany światła – deszcz, noc, pora dnia często zapowiadają zmianę tonu scen.
  • Język i grzeczność – subtelne różnice w tym, jak bohaterowie zwracają się do siebie.
  • Sceny jedzenia – zobacz, kto je spokojnie, a kto w pośpiechu lub ukradkiem.

Jak przygotować się do oglądania?

Nie trzeba wcale znać koreańskiej kultury, żeby rozumieć „Parasite”, ale kilka prostych rzeczy pomoże lepiej w niego „wejść”. Przede wszystkim obejrzyj go wtedy, gdy masz pełne dwie godziny spokoju, bez scrollowania telefonu i przeskakiwania scen. To kino, które nagradza uważność – każdy szczegół scenografii i dialogu ma tu znaczenie. Jeśli możesz, wybierz wersję z napisami, nie z dubbingiem; rytm języka i gry aktorskiej jest w tym filmie bardzo ważny.

  • Zadbaj o ciemne, możliwie ciche otoczenie – wiele napięcia buduje się na półcieniach.
  • Nie oglądaj zwiastunów przed seansem; zdradzają za dużo tonacji i twistów.
  • Jeśli planujesz seans w grupie, umówcie się, że nie będziecie go „zagadywać”.
  • Po obejrzeniu daj sobie kilka minut ciszy, zanim wrócisz do telefonu lub rozmów.

Czy hype jest zasłużony? Podsumowanie

Odpowiadając wprost: tak, hype wokół „Parasite” jest w dużej mierze zasłużony, choć warto pamiętać, że żaden film nie będzie arcydziełem dla każdego. Bong Joon‑ho stworzył dzieło, które łączy przystępność z artystyczną ambicją, humor z gęstym napięciem i lokalną historię z uniwersalnym komentarzem społecznym. To nie jest tylko „modny tytuł z Oscarami”, ale film świadomie korzystający z języka kina, by opowiedzieć o świecie, w którym rosnące nierówności dotykają coraz większej części społeczeństwa.

Czy „Parasite” zmieni twoje życie? Prawdopodobnie nie. Może jednak sprawić, że inaczej spojrzysz na własne przywileje, codzienne drobiazgi i relacje z ludźmi stojącymi „po drugiej stronie” ekonomicznej barykady. A jeśli pozwolisz mu zadziałać bez presji i oczekiwań, jest spora szansa, że zrozumiesz, dlaczego tak wielu widzów i krytyków wciąż o nim mówi – nie tylko dlatego, że wypada, ale dlatego, że naprawdę warto.